Trener Karol Gutkowski, szkoleniowiec pierwszoligowej UTH ROSY Radom, Mistrz Polski Juniorów Starszych U20M z 2014 roku, każdego kolejnego dnia rozgrywa swój kolejny „mecz o złoty medal”. Głęboko wierzymy, że będzie to pojedynek zwycięski, o czym przekonany jest sam trener, Jego rodzina, przyjaciele, członkowie Organizacji ROSA a także całe środowisko związane z radomskim basketem. W ostatnich miesiącach ROSA Radom była organizatorem dwóch akcji, których bezpośrednim celem było zebranie poieniędzy na dalsze leczenie naszego Przyjaciela. Rozmiary przedsięwzięcia w dużym stopniu przyczyniły się do rozpoczęcia kolejnego etapu walki, jaką będzie toczył nasz trener w najbliższych miesiącach. Zapraszamy do lektury wywiadu, w którym coach Gutkowski dziękuje wszystkim za okazane wsparcie…

Trenerze za nami dwie akcje charytatywne ROSY Radom, których byłeś głównym bohaterem. Myślę, że większość z nas ma poczucie dobrze wykonanego zadania. Czym dla Ciebie okazały się te przedsięwzięcia?

Nie chciałbym w tym miejscu kogokolwiek pominąć, ale jestem ogromnie zdumiony i zbudowany postawą moich znajomych, kolegów z boiska, z którymi kiedyś grałem, kolegów z pracy, z Klubu, całego środowiska koszykarskiego, kibiców, zawodników, absolutnie wszystkich, którzy tak ochoczo odpowiedzieli na mój apel o pomoc. Chcę podziękować wszystkim, których znam, ale także tym, których dzięki tej akcji poznałem. Dzięki wielu zlicytowanym przedmiotom zebraliśmy środki w wysokości prawie 24 tysięcy złotych, które pozwoliły na kontynuowanie mojej terapii. Każda z tych osób dołożyła swoją cenną cegiełkę do pomocy, której bardzo potrzebowałem. To mi uzmysłowiło, że są w moim gronie ludzie, na których zawsze mogę liczyć.

Przekazanych na licytację przedmiotów był bardzo wiele, ale bez wątpienia największym zainteresowaniem cieszyły się meczowe koszulki naszych zawodników, osiągały one zawrotne ceny…

To wszystko działo się już prawdę mówiąc poza mną. Maszyna ruszyła i pojawiali się ludzie, którzy przekazywali także Tobie przedmioty na licytację. Była koszulka Johna Turka, Łukasza Majewskiego, koszulka z moim numerem i nazwiskiem, koszulka Reprezentacji Polski przekazana przez Polską Ligę Koszykówki, były koszulki treningowe i meczowe, loty szybowcem, samolotem, paralotnią, przedmioty przekazywane przez naszych sponsorów i wiele drobnych rzeczy, które zostały zamienione później na wielkie pieniądze. Prawdę mówiąc śledziłem wraz z żoną jedynie nowe posty na naszym profilu społecznościowym i przecieraliśmy oczy ze zdumienia. To było niesamowicie wzruszające, aż odbierające mowę. Sam nie wiem jak to skomentować. Chyba zwyczajnie – Dziękuję Wam wszystkim!

To prawda, zaczęło się to bardzo niewinnie, od pomysłu Pana Romana Saczywko i przedmiotów przekazanych na licytację przez lokalną Hutę Szkła. Przyznam się, że dosłownie chwilę później zaczęło to już żyć swoim życiem i sponsorzy, partnerzy, nasi przyjaciele, sami to podchwycili i przynosili coraz więcej nowych, bardzo atrakcyjnych przedmiotów. Mieliśmy kłopot ze zlicytowaniem tego w pewnych bardzo sztywnych ramach czasowych. Przypomnę, że Finał Akcji zaplanowany był na telewizyjny mecz Tauron Superpucharu Polski.

Dokładnie tak! Tutaj na pewno należy się ukłon w stronę Pana Romana, ale także całej Rodziny Saczywko i Organizacji ROSA. Nie tylko za tę licytację, za pomoc okazaną na wielu etapach mojej walki, którą toczę od maja 2013 roku, ale przede wszystkim za to, że jestem nadal traktowany przez wszystkich jako normalny pracownik, trener. Tak to czuję i to dla mnie bardzo ważne. Mam za sobą już kilka etapów mojej choroby, najtrudniejszy był na pewno ostatni rok, kiedy choroba mnie mocno wyniszczała. Ten debiutancki na tym szczeblu rozgrywek sezon był dla mnie bardzo trudny, raz dawałem radę, czasami musiał mnie zastąpić nasz Prezes-Kapitan Piotr Kardaś i mój asystent Jarek Wróbel. Poradzili sobie świetnie i za to im i zawodnikom bardzo dziękuję. Od marca, kiedy ostatecznie przeszedłem zabieg amputacji nogi, wszystko zaczęło powoli wracać do normy, na tyle, że już od początku nowego sezonu mogę prawie normalnie pełnić moje obowiązki, mogę być samodzielny, co jest dla mnie bardzo ważne. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że jestem osobą niepełnosprawną ruchowo, ale mam wrażenie, że nie wpływa to na jakość mojej pracy. Tęskniłem za tym bardzo, a teraz znowu robię to co kocham, co także jest dla mnie formą terapii.

Powrócę jeszcze do tych licytacji i pewnej Pani, która absolutnie przebiła wszystkie kontroferty… Przy okazji okazała się wielką sympatyczką ROSY Radom, Twoją, całego środowiska. Od tamtej pory nie jest Ona dla nikogo z nas anonimowym Kibicem!

Jak się okazuje pracując w Szkole Podstawowej numer 4 jako nauczyciel wychowania fizycznego, uczyłem czy też opiekowałem się na świetlicy dziećmi Pani Moniki, Jej córeczką i synkiem. Ponadto dwaj synowie Pani Moniki grają w naszych grupach młodzieżowych, a Ona, o ile wiem, jest obecna na każdym meczu ROSY Radom a ja coraz częściej widzę ją także na trybunach UTH. Oczywiście jestem wtedy skoncentrowany na moich obowiązkach, ale proszę mi wierzyć, że widzę Ją zawsze i zawsze mnie to niesamowicie wzrusza. Te słynne licytacje Pani Moniki są dla mnie czymś absolutnie zaskakującym, czymś, czego nie jestem w stanie ogarnąć myślami. To ogromny szok, że ktoś kogo wcześniej osobiście nie znałem, pomaga mi w ten sposób. Ogromne brawa i wdzięczność. Każda z licytacji Pani Moniki wprawiała mnie w zdumienie, podobnie zresztą jak całą publiczność Hali MOSiR, czy innych ludzi, którzy byli gotowi wyłożyć za koszulki mnóstwo pieniędzy. Pani Monika wygrała, ale ja chcę podziękować także tym, którzy starali się z nią walczyć. To było i jest dla mnie bardzo budujące.

Jak sobie radziłeś w czasie nasilenia się choroby, jak wspomniałeś nie zawsze mogłeś być z zespołem? Jak sobie radzisz teraz i na jakim etapie leczenia jesteś?

Najważniejsza była dla mnie świadomość, że nadal jestem członkiem tego zespołu, Organizacji, że nikt mnie nie przekreślił. Oprócz rodziny, która  mnie wspierała każdego dnia, na każdym kroku mojej walki, także ta świadomość przytrzymywała mnie przy życiu. To był taki ogromny kop, który dawał mi przekonanie, że tę walkę jestem w stanie wygrać, kop dzięki któremu każdego kolejnego dnia podejmowałem i nadal podejmuję walkę o powrót do pełni zdrowia. Moja jednostka chorobowa została sklasyfikowana jako Mięsak ASPS, to bardzo nietypowa i rzadka choroba, charakteryzująca się tym, że złośliwe komórki nowotworowe osadzają się na długich kościach, najczęściej kończyn dolnych. U mnie umiejscowiły się na kości udowej. Początkowo leczyłem się niestandardową chemioterapią, ale nie przynosiło to efektów a choroba się rozwijała i dochodziło do przerzutów. Doprowadziło mnie to ostatecznie do amputacji kończyny, z którą obecnie jestem pogodzony i o której, dzięki mojej pracy, mogę zapomnieć.

Celem zbiórki pieniężnej było między innymi sfinansowanie bardzo kosztownego leczenia.

Właśnie wróciłem z kliniki w Niemczech, mieszczącej się w Darmstadt, nieopodal Frankfurtu. Na pewnym etapie mojej walki z chorobą postanowiłem odejść od standardowego typu leczenia stosowanego w naszym kraju. Postanowiłem iść drogą bardzo kosztownego leczenia poprzez witaminy i enzymy i jestem właśnie po pierwszej tego typu terapii. Trwało to zaledwie kilka dni, kosztowało przeszło 21 tysięcy złotych i była to jedna z wielu takich sesji jakie są jeszcze przede mną. Na szczęście te kolejne są już nieco tańsze. Przymierzam się także powoli do zakupu profesjonalnej protezy hydraulicznej, która w znacznym stopniu ułatwiłaby mi codzienne życie i pracę w zawodzie. Koszt tego przedsięwzięcia oszacowany jest na około 60 tysięcy złotych. Ponieważ cała terapia i zakup protezy wiąże się z ogromnymi kosztami, zwróciłem się do lokalnego środowiska z prośbą o pomoc, za którą jeszcze raz dziękuję. Na obecnym etapie leczenia czuję się bardzo dobrze, przed końcem roku przejdę kolejną serię badań. Na pewno jest znacznie lepiej niż poprzednio. Pozostaje być dobrej myśli, czekać i walczyć. Zarówno ja jak i moja rodzina jesteśmy dobrej myśli. Każdego dnia staję do walki, każdego dnia rozgrywam mój mecz o złoty medal!

Powiedz jak reaguje całe środowisko koszykarskie, nasi zawodnicy, przeciwnicy, sędziowie czy nawet kibice innych drużyn na Twoją sytuację zdrowotną?

Na pewnym etapie było to oczywiście bardzo trudne, ponieważ zwyczajnie wstydziłem się wychodzić do ludzi bez nogi. Jeśli chodzi o moich zawodników sam wyszedłem przed szereg i chciałem najpierw pokazać im, że daję radę, że dobrze się czuję. Tak aby nie musieli się krępować moją sytuacją zdrowotną i aby mogli skupić się wyłącznie na trenowaniu i na meczach. Inni raczej to rozumieją, gdyż do tej pory nie spotkało mnie nic dziwnego, czy niemiłego. Nikt nie okazuje mi współczucia, bo ja takiego współczucia zwyczajnie nie potrzebuję. Oczywiście ludzie pytają, a ja odpowiadam, bo się z tym nie kryję, otworzyłem się, oswoiłem z sytuacją i staram się żyć najnormalniej jak się da.

Patrząc na Wasze mecze reagujesz tak żywiołowo na decyzje sędziów jak kiedyś 🙂

Staram się podchodzić do tego mniej emocjonalnie, stale myślę o tym, bo wiem, że taka eksplozja emocji kosztuje mnie dożo sił i dużo zdrowia. Czasami nie daję rady i wybucham, ale zawsze tak było, więc to potwierdza moją wcześniejszą wypowiedź, że mimo całej sytuacji funkcjonuję bardzo normalnie. Moje trenerskie obowiązki obligują mnie do tego, abym pilnował, żeby zawodnicy czy sędziowie nie rozluźnili się podczas wykonywania swojej pracy, za którą przecież bierzemy pieniążki. Chcę, aby wszyscy dawali z siebie 100%.

Na koniec, powiedz jak wygląda sprawa priorytetów życiowych po takich przejściach, czy zmieniło się Twoje nastawienie, relacje rodzinne. Jak na co dzień funkcjonujesz?
Moja sytuacja życiowa zmieniła się o 180 stopni. W tej chwili jesteśmy na takim etapie z moją żoną, że nic nie planujemy, czekamy dzień po dniu na to, co przyniesie nam życie i czerpiemy z tego pełnymi rękoma. Mamy dwóch wspaniałych synków, trzyletniego Adama i rocznego Leona i każdego dnia staramy się wychowywać ich najlepiej jak się da, aby wyrośli kiedyś na dobrych, mądrych, otwartych na potrzeby innych ludzi mężczyzn. To oni dla nas są najważniejsi, to oni są naszym całym światem i im poświęcamy najwięcej uwagi. Paradoksalnie to moja choroba pokazała nam jak życie bywa przewrotnym, jak ważna jest codzienność, rodzina, małżeństwo. Dużo rozmawiamy z żoną, z dziećmi, także o mojej sytuacji, aby byli świadomi tego wszystkiego co się dzieje, jakie zagrożenia czekają ich w życiu, aby poznali kulturę żywieniową, na którą kładziemy bardzo duży nacisk. To jest prawdziwe szczęście, a praca, choć bardzo ważna, nie powinna przysłaniać prawdziwego celu życia każdego człowieka. Wszystko inne jest ulotne…

Rozmawiał Michał Wolczyk