Zdecydowanie inny scenariusz mieli w głowach nasi koszykarze i sztab trenerski. Wiadomo było jednak, że aby wygrać w Sopocie, trzeba będzie „wyszarpać” z własnych organizmów więcej sił, niż de facto mamy…

Początek meczu był obiecujący, choć pierwsze dwie akcje zagraliśmy ze startą, to kolejne były już skuteczniejsze. Graliśmy mądrze, dobrze dzieliliśmy się piłką i tym samym budowaliśmy przewagę. Nie do zatrzymania był w pierwszej kwarcie Tyrone Brazelton, który po dziesięciu minutach miał już jedenaście punktów na swoim koncie. Siedem punktów przewagi po otwarciu meczu dawało nam nieco spokoju, choć ten, był tylko chwilowy…
Gospodarze od pierwszej minuty drugiej kwarty wzięli się za odrabianie strat. Po dwóch minutach gry z naszej przewagi zrobił się punkcik i wiedzieliśmy, że to teraz my jesteśmy w tarapatach. Na parkiecie pojawili się wówczas zmiennicy i niestety nie mogli sprostać lepiej grającej ławce gości. Z minuty na minutę traciliśmy przewagę, by kwartę ostatecznie zamknąć z czteropunktowym deficytem. W przerwie w szatni było gorąco…

Drugą połowę zaczęliśmy dobrze. Już po chwili doprowadziliśmy do remisu, a kilka chwil później wyszliśmy na prowadzenie. W połowie kwarty mieliśmy sześć punktów przewagi i wszystko wskazywało na to, że wicemistrzowie są na właściwej ścieżce, by zwyciężyć w tym spotkaniu. Ostatecznie tę część gry zakończyliśmy z czteropunktową przewagą i role się wówczas odwróciły. Zdobyliśmy o osiem punktów więcej aniżeli gospodarze i mogliśmy z optymizmem wejść w ostatnią kwartę. Tę zaczęliśmy rewelacyjnie! Po dwóch z rzędy trójkach Damiana Jeszke i Garego Bella odskoczyliśmy momentalnie na dziesięć punktów, o czas poprosił trener gospodarzy, ale od razu po jego zakończeniu i błędzie Trefla Damian dołożył kolejne dwa oczka i prowadziliśmy już dwunastoma punktami. Wymarzony początek kwarty! Coś jednak pękło… Koszykarze Trefla nie zrezygnowali, włączyli drugi bieg, a w naszych szeregach odezwało się zmęczenie. Nie ma się co dziwić, ostatnia intensywność gier musiała w końcu się ujawnić i wybrała sobie do tego najgorszy z możliwych momentów… No bo czemu nie mogła zaczekać jeszcze kilku minut? Nasze akcje nie były już dynamiczne, brakowało efektywności, brakowało zgrania, brakowało szybkości, szczególnie przy powrocie do obrony, ale zabrakło w szczególności chłodnych głów. Końcówkę zagraliśmy po prostu karygodnie, oddaliśmy gospodarzom NASZ mecz. Trefl nie powinien, ale nas dogonił, a w samej koncówce spotkania również przegonił. Przegrywamy w Sopocie. Doznajemy drugiej porażki ligowej z rzędu i nieco smutni wracamy do Radomia…

Na odpoczynek nie będzie czasu. Jutro czeka nas regeneracja, a w poniedziałek już wylatujemy na Łotwę i dopiero tam odbędziemy jeden trening w godzinach wieczornych i jeden we wtorek rano, by we wtorkowy wieczór przystąpić do kolejnej bitwy w Koszykarskiej Lidze Mistrzów, w której zmierzymy się z drużyną BK Ventspils.

Trefl Sopot – ROSA Radom 85:82
(17:24, 25:14, 19:27, 24:17)

Trefl: Ireland 28, Karolak 15, Mielczarek 10, Marković 10, Dylewicz 7, Kolenda 5, Śmiegielski 4, Stefański 4, Stamenković 2, Majewski 0.

ROSA: Brazelton 20, Bell 15, Sokołowski 13, Jeszke 11, Jackson 9, Adams 6, Witka 4, Bojanowski 4, Bonarek 0, Zegzuła 0.

 

Statystyki

Konferencja prasowa
Wypowiedzi pomeczowe
Skrót meczu