Od początku do końca nasza „wycieczka” na Łotwę nie była po naszej myśli. Zaczęło się od odwołania lotu, skończyło się na dotkliwej porażce z liderem łotewskiej ekstraklasy… Najpierw Sopot, teraz Ventspils… Bałtyckie powietrze zdecydowanie nam nie służy!

Niepełna hala fanów oglądała dzisiejszy spektakl. Z naszych informacji, no bo języka musieliśmy zaciągnąć, wynika, że kibice BK bardziej wolą potyczki ligowe, aniżeli pucharowe. Stąd prawie połowa krzesełek była dziś wolna. Ale do sedna. Streśćmy w kilku zdaniach przebieg samego spotkania. Dobrze je zaczęliśmy. No bo nie można napisać, że źle, skoro graliśmy odważnie, mądrze i skutecznie, a do tego z prowadzeniem po pierwszej kwarcie. Kilka akcji kończyliśmy kontrą, w szczególności przechwyt i dunk Sokoła mógł się podobać, ale to właśnie kontry zabierały nam siły, których w późniejszych fragmentach gry, mogło nam zabraknąć…

Wąska rotacja spowodowała, że do kolejnej kwarty bez odpoczynku wyszli Sokół i Gary, do tego trzech zmienników. Na to jednak byliśmy przygotowani. Dysponujemy takim, a nie innym składem i wiemy, że inaczej grać się nie da. Już po kilku akcjach widać było gołym okiem, że nasi podstawowi koszykarze będą musieli wkrótce odpocząć. W drugiej odsłonie przyszła bardzo długa chwila niemocy. Pomijając trzy pierwsze minuty, kolejnych siedem były katastrofalne… Zdobyliśmy w nich zaledwie cztery punkty, przy bodaj siedemnastu rywali, a całą kwartę przegraliśmy 20:6. Na przerwę schodziliśmy już z dziewięcioma punktami straty. Męska rozmowa w szatni była niemal pewna!

Trzecia kwarta zła nie była. Choć zaczęła się od runu gospodarzy 10:0, to potrafiliśmy odbudować własne morale, spiąć się na własne wyżyny i doprowadzić do bardzo wyrównanej gry. Wyrównanej gry w trzeciej kwarcie, bowiem nadal przewaga meczowa była wysoka. Trzecią odsłonę przegraliśmy tylko dwoma punktami, a nasza gra pokazała, że jednak możemy ugryźć łotewskiego faworyta.

No i nadeszła ostania kwarta. Być, albo nie być. Iść na całość, albo grać statycznie. Poszliśmy na całość… Nieco heroiczna postawa naszych koszykarzy, próba pogoni, agresywna koszykówka jednak nie pomogły. Łotysze z minuty na minutę powiększali swoją przewagę. My trafialiśmy do kosza raz, przeciwnicy dwa razy. Tak to niestety wyglądało. Do tego doszła bardzo kiepska skuteczność. Górę wzięła również frustracja niektórych naszych graczy i to wszystko złożyło się na ośmiopunktowy deficyt i w konsekwencji potężna porażka naszej ekipy w drugim występie w Koszykarskiej Lidze Mistrzów. Chwilę grozy przeżył Gary Bell, który po zderzeniu z jednym z rywali musiał opuścić parkiet w asyście naszych trenerów, Marcina Babuta oraz Artura Packa… Jego stan jest dobry, ale dopiero badania lekarskie po powrocie do Polski powiedzą nam więcej na temat stanu podkręconego kolana naszego strzelca.

Trudno. Nie udało się odnieść drugiego zwycięstwa, ale sezon trwa. Już w następną środę, 2 listopada kolejne emocje w Basketball Champions League. We własnych ścianach podejmiemy niemiecki EWE Baskets i liczymy na Was, drodzy kibice, bo skoro ławka wąska, to niech trybuny będą pełne i pomogą nam odnieść kolejne zwycięstwo w rozgrywkach europejskich.
BK Ventspils – ROSA Radom 74:53
(15:20, 20:6, 17:15, 22:12)

BK: Campbell 17, Deane 16, Zakis 9, Mbodj 8, Grazulis 8, Skele 8, Ate 5, Lomazs 3, Kuksiks 0, Leimanis 0, Ziedins 0.

ROSA: Bell 17, Jeszke 12, Sokołowski 10, Jackson 10, Brazelton 2, Zegzuła 2, Witka 0, Bojanowski 0, Adams 0, Bonarek 0.

 

Statystyki

Konferencja prasowa
Skrót spotkania