Drużynę ROSY Radom będzie prowadził w kolejnym sezonie Polskiej Ligi Koszykówki trener Wojciech Kamiński, który już od kilkunastu dni pracuje nad budową drużyny. Wszystko wskazuje na to, że będzie to mocno zmieniony zespół. – Wolimy trzymać się faktów i określonego budżetu niż bujać w obłokach – podkreśla coach Radomskich Smoków w rozmowie z Grzegorzem Stępniem.

Grzegorz Stępień: – Sezon dla ROSY Radom zakończył się już ponad dwa tygodnie temu, a coach Kamiński ciągle w Radomiu. Nie wybiera się trener na wakacje, tym bardziej, że za chwilę przyjdą obowiązki reprezentacyjne?

Wojciech Kamiński: – Dobrze mi w Radomiu, na razie nigdzie się nie wybieram. Załatwiam zaległe sprawy, a poza tym pracy też jest sporo. Poczekam aż zrobi się naprawdę ciepło, wtedy pomyślę o krótkim wypoczynku.

A sypia trener już lepiej? Zwłaszcza po tym co pokazuje w playoffs Polskiej Ligi Koszykówki Polski Cukier Toruń. Chociażby z tej perspektywy można nieco inaczej ocenić końcówkę sezonu w wykonaniu ROSY.

– To, że Toruń jest w finałach nie jest dla mnie jakimś wielkim zaskoczeniem. Tak samo jak nie nazwałbym sensacją wyeliminowanie Anwilu przez Czarnych Słupsk. Można sprawdzić moje zapiski i wypowiedzi dotyczące szans i sił w playoffach.
Wracając do Torunia, to rzeczywiście gra bardzo dobrze. Nie zmienia to faktu, że w pierwszym i trzecim meczu mieliśmy wysokie prowadzenie i byliśmy blisko zwycięstwa. Zresztą i w drugim meczu mogliśmy wygrać, bo szczególnie w końcówce byliśmy w grze. Wdarły się jednak jakieś straty, może nie do końca fortunne decyzje, zabrakło też szczęścia i przegraliśmy. Szkoda przede wszystkim tego, że nie wygraliśmy raz, czy drugi. Bo to, że odpadliśmy w pierwszej rundzie, to trudno. Taki jest sport.

Czyli jak wypada Twoim zdaniem ogólna ocena sezonu?

– Tak jak powiedziałem, z lekkim niedosytem jego ostatniej fazy. Ale nie można też nie wrócić do początku sezonu, bo wszystko co później, było pewnego rodzaju konsekwencją kontuzji Daniela Szymkiewicza. Uraz nie był wynikiem zajęć w klubie, a zapewne tego co działo się w przeszłości, być może nieodpowiedniego treningu indywidualnego, być może przeciążenia na zgrupowaniach reprezentacji. Potem doszło skręcenie kostki u dobrze grającego Damiana Jeszke, którego nabawił się na rozgrywkach I ligi. No i wreszcie przemęczeniowa kontuzja Tyrone’a Brazeltona, zawodnika, który mając płaskostopie, grał bez specjalnych wkładek – a takie miał zalecenia – i przez to musiał długo pauzować. To wszystko działo się poza nami, nie mieliśmy na to wpływu.
Do tego doszły wymiany zawodników, intensywność meczów i podróży. To musiało rzutować, zwłaszcza na pierwszej części sezonu. Końcówkę rozgrywek zasadniczych mieliśmy już zdecydowanie lepszą. Trzeba o tym pamiętać.

No właśnie, sprawa pucharów. Jesteś zwolennikiem takiego rozwiązania, żeby – jeśli jest możliwość – występować w rozgrywkach europejskich?

– To jest kwestia pewnej, określonej polityki klubu. Jeżeli chcemy się rozwijać, jeżeli chcemy wyrabiać markę, to powinniśmy być zauważalni w Europie. To daje potem przewagę w rozmowach z zawodnikami, pozwala na inne relacje, właśnie na europejskim poziomie, stwarza możliwości rozwoju całej organizacji. Oczywiście, żeby zaistnieć w rozgrywkach europejskich, trzeba dysponować odpowiednim budżetem, a ten wprost przekłada się na budowę siłę i szerokość składu. To nieuniknione, żeby pogodzić występy na dwóch frontach, bo przecież do tego dochodzi liga krajowa.

Czy wobec tego kadra ROSY na Ligę Mistrzów i Polską Ligę Koszykówki nie była zbyt wąska?

– Nie, gdyby nie kontuzje, to byśmy sobie poradzili. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że popełniliśmy błąd na samym początku. Byliśmy zwodzeni diagnozami dotyczącymi stanu zdrowia Daniela Szymkiewicza i zbyt długo zwlekaliśmy z zakontraktowaniem długiego rozgrywającego. Sprawa się przedłużała i kiedy wreszcie zdecydowaliśmy się na Jordana Callahana, byliśmy już nieźle „zakopani”.
Niemniej, występy w Europie wpisują się w filozofię naszego klubu. Oczywiście ciągłe podróże i mecze były już w pewnym momencie męczące, dlatego nieco szersza kadra byłaby pomocna, co do tego nie ma wątpliwości. Zdobyliśmy jednak szereg doświadczeń, które w Polsce na pewno nie byłyby nam dane.

Będziesz zabiegał o to, żeby na nadchodzący sezon kadra była liczniejsza i mocniejsza jakościowo?

– Skład zespołu zależy od wysokości budżetu, nic nowego w tym względzie nie wymyślę. Wysokość budżetu jakim dysponujemy już znam i na pewno nie będzie nam łatwo na budowę mocnej, szerokiej kadry. Przepisy Polskiej Ligi Koszykówki powodują, że krajowi zawodnicy bardzo się cenią. Przy kontraktach długoterminowych, ich zarobki wzrastają i wtedy klubów nie stać na zatrudnianie bardziej klasowych graczy zagranicznych. Taka sytuacja miała miejsce u nas. Zapewne nie wszyscy wiedzą, że Torey Thomas i C.J. Harris zarabiali więcej niż Tyrone Brazelton i Gary Bell, bo rok wcześniej mniej zarabiali też nasi Polacy. Teraz też byśmy bardzo chcieli zatrzymać zawodników, którzy mają już wyrobioną w ROSIE markę, ale wszystko determinuje budżet i oczekiwania zawodników oraz ich agentów. A Polacy żądają ogromnych pieniędzy.
Na razie nie chcemy wykonywać żadnych nerwowych ruchów, bo przede wszystkim trwa jeszcze sezon PLK. Naturalnym jest natomiast, że wpierw chcemy skompletować polską część składu, żeby wiedzieć ile pieniędzy zostanie nam na obcokrajowców. Ja jestem zwolennikiem czekania, choć pierwsze nazwiska mogą pojawić się już niedługo.

Mało tych konkretów, zapytam zatem inaczej. Jaka jest szansa, żeby w ROSIE zostali: Michał Sokołowski, Daniel Szymkiewicz, Jarosław Zyskowski?

– Przy obecnych żądaniach finansowych tych zawodników i wysokości naszego budżetu, nie ma szans na ich dalsze występy w ROSIE. Oczywiście nic nie jest wykluczone i być może po przeanalizowaniu wszystkich ofert, któryś z tych zawodników skłoni się do podpisania kontraktu właśnie z nami. Będziemy nadal rozmawiać.

A Amerykanie, Darnell Jackson, Kim Adams, Ryan Harrow?

– Myślę, że żaden z nich nie zostanie u nas na kolejny sezon. Co ciekawe, wszyscy trzej chcieliby nadal u nas grać, ale to nie jest tylko kwestia chęci. W przypadku Kima na przeszkodzie nie stoją akurat żądania finansowe. Jednak Ryan i Darnell to już dość wysoka, jak na nasze możliwości, półka zarobkowa.

Nie brzmi to wszystko zbyt optymistycznie…

– Ale taka jest prawda! Nie ma co opowiadać bajek, bo to niczemu nie służy. Nie jest tak, jak życzyliby sobie tego kibice. Od gadania pieniędzy nam nie przybędzie. Dysponujemy określonym budżetem, znacznie niższym niż Stelmet Zielona Góra, czy Anwil Włocławek, więc na fajerwerki nie możemy sobie pozwolić. Już rok temu mówiłem, że czeka nas trudny sezon, bo zarobki Polaków na długoletnich kontraktach wzrastają, więc siłą rzeczy na zatrudnienie zawodników zagranicznych mamy mniej. Teraz też przed nami wiele ważnych decyzji personalnych, które muszą być przede wszystkim rozsądne.

Kto będzie pierwszym asystentem Wojciecha Kamińskiego, bo wiemy już, że Piotr Kardaś poświęci się obowiązkom prezesa klubu?

– Sprawa nie jest jeszcze przesądzona. Jest propozycja z klubu powierzenia tej funkcji człowiekowi z naszej organizacji. Do końca maja powinna zapaść decyzja.

To kiedy i gdzie trener jedzie na te wakacje?

– Jak się zrobi naprawdę ciepło. Morze musi mieć temperaturę wody jakieś 26 stopni, żeby można było popływać, zrelaksować się jakieś trzy, cztery godziny dziennie. W Polsce to nieosiągalne, więc zapewne wyląduję w lipcu gdzieś w Turcji.

Rozmawiał GRZEGORZ STĘPIEŃ