Miał bardzo udany sezon, został po nim powołany do reprezentacji Polski B, uczestniczył ostatnio z kadrą w ciekawym turnee po Chinach, a basketu i tak ciągle mu mało. Właśnie doskonali siebie i własne umiejętności na znanym w kraju obozie treningowym Getbetter, pod fachowym okiem Artura PackaKonrada Kaźmierczyka. Mowa o Filipie Zegzule, rozgrywającym ROSY Radom, który może być wzorem dla innych – i jako zawodnik, i jako człowiek.

Grzegorz Stępień, Media Manager ROSY Radom: – Kiedy po powrocie z Chin reprezentacji Polski B zadzwoniłem do Ciebie z pytaniem czy odpoczywasz już gdzieś na plaży Copacabana, spodziewałem się innej odpowiedzi niż ta, którą usłyszałem. Powiedziałeś wtedy, że owszem odpoczywasz, ale w Radomiu, bo właśnie szykujesz się do wyjazdu na Getbetter. Czy Ty naprawdę nigdy nie masz dość koszykówki?
Filip Zegzuła, rozgrywający ROSY Radom: – Koszykówka to moja pasja, moja miłość i w dużej części moje życie. Trudno mieć dosyć czegoś co się kocha. Mam też świadomość swoich niedoskonałości stąd po bardzo pożytecznym wyjeździe do Chin decyzja o treningach na Getbetter. Może po powrocie, pod koniec lipca będzie chwila na złapanie dystansu do basketu. Ale całkowitego rozbratu z koszykówką nie obiecuję. Zresztą w połowie sierpnia rozpoczynamy przygotowania do sezonu 2017/2018, więc sam widzisz, że nie można nawet myśleć o leniuchowaniu, trzeba brać się do roboty.

Wróćmy do Twojego pobytu w Chinach. Już chyba samo powołanie przez trenera Przemysława Frasunkiewicza było dla Ciebie miłą wiadomością. A wyjazd do Chin – przygodą życia?
– Powołanie było z pewnością bardzo miłym uczuciem. Potem okazało się, że wspólnie z Maćkiem Bojanowskim z ROSY, znaleźliśmy się w kapitalnej grupie zawodników dowodzonej przez trenera Frasunkiewicza i stworzyliśmy naprawdę zgrany kolektyw, zarówno na boisku, jak i poza nim. Turnee po Chinach było natomiast dopełnieniem tego wszystkiego, pod wieloma względami. Sportowo zyskaliśmy bardzo, bardzo dużo. Mieliśmy okazję konfrontacji sił z silnymi zespołami ze Stanów Zjednoczonych, Litwy i Chin, pokazaliśmy się z dobrej strony, wygrywaliśmy i trochę niesprawiedliwe były głosy docierające do nas z kraju, że graliśmy z nie wiadomo kim. Potrafiliśmy pokonać Amerykanów 20. punktami, gdzie nie bez wpływu był fakt, że był to ich pierwszy mecz po przylocie, bo w rewanżu dołożyli nam 25, ale to pokazuje siłę zespołu. Litwini i Chińczycy też nie stanowili zbieraniny przypadkowych zawodników, a jednak wygrywaliśmy z nimi. Dlatego powtarzam – wyjazd pod względem sportowym był niezwykle udany.
Drugi aspekt to oczywiście turystyczny. To rzeczywiście przygoda nie do opisania, coś co zapamiętuje się do końca życia. Tych wrażeń, kiedy stoi się na Chińskim Murze, nie da się porównać z niczym innym. To także bonus za to, że warto być sportowcem, warto ciężko pracować, bo wspaniałą nagrodą są również podróże po świecie.

Zasłużyłeś na nią. Twoja kariera rozwija się bardzo harmonijnie, a charakteryzuje ją głównie ciężka praca.. Masz za sobą najlepszy sezon w karierze?
– Na pewno był udany pod względem indywidualnym, ale całokształt niech oceniają inni. Zrobiłem postęp w grze, spędziłem trochę minut na parkietach Polskiej Ligi Koszykówki, zadebiutowałem w Lidze Mistrzów. Potem przyszło powołanie z reprezentacji Polski B. Nie było chyba najgorzej.

Inni ocenili Cię bardzo dobrze. Zostałeś uznany najlepszym graczem I ligi, a w głosowaniu na zawodnika, który zrobił największy postęp w Polskiej Lidze Koszykówki, także otrzymałeś kilka głosów. To wszystko nie wzięło się z przypadku.
– To bardzo miłe, kiedy ktoś docenia moją pracę, tak to właśnie odbieram. Nie popadam jednak w jakieś zachwyty, bo nagrody i oceny są rzeczami subiektywnymi. Wiem, że muszę nadal bardzo dużo pracować, to jest podstawą mojego rozwoju. Temu ma służyć decyzja o wyjeździe na Getbetter, zresztą podjęta znacznie wcześniej. Turnee po Chinach niczego w tym względzie nie zmieniło.

Miniony sezon był dla Ciebie wyjątkowy również pod innym względem. Przebranżowiłeś się na typowego rozgrywającego. Dobrze czujesz się już na nowej pozycji?
– W I lidze poszło mi chyba całkiem nieźle, ale w PLK i europejskich pucharach już tak różowo nie było. Zdaję sobie jednak sprawę, że taka zmiana była nieunikniona. Dużo rozmawiałem z trenerami, ułożyłem sobie to wszystko w głowie, ciężko pracowałem i pracuję, żeby być coraz lepszym. Minione miesiące nie były łatwe, bo pozycja numer jeden jest w zespole newralgiczna, bardzo odpowiedzialna i nie znosząca pomyłek. Z dużą pokorą podchodzę do mojej postawy w całym sezonie, choć pojawiło się sporo pozytywnych głosów dotyczących mojej gry. Ja jestem też bardzo otwarty na konstruktywną krytykę, która mobilizuje mnie do jeszcze cięższej pracy. A braków mam sporo, jest co doskonalić. Zrobię jednak wszystko, żeby przezwyciężać niedostatki i je eliminować.

Okazji ku temu będzie w nadchodzącym sezonie dużo. Wszystko wskazuje na to, że ROSA będzie miała polskich rozgrywających: Daniela Szymkiewicza, Filipa Zegzułę i w razie potrzeby Marcina Piechowicza. Jak Ci się taka perspektywa podoba?
– Podoba mi się, chyba nikt nie może mieć co do tego wątpliwości. Z Danielem graliśmy już razem przez część sezonu PLK tworząc dwójkę rozgrywających. Wcześniej w I lidze, no i drużynie juniorów starszych, kiedy przed trzema laty zdobywaliśmy z ROSĄ złote medale Mistrzostw Polski, także występowaliśmy razem, ale na różnych pozycjach. Poczekajmy jeszcze na ostateczny kształt drużyny na najbliższy sezon, wtedy dowiemy się więcej jakie będą nasze role w zespole.

Wyczuwam nutkę niepewności w Twoim głosie. Czyżby pojawiły się propozycje z innych klubów?
– Jestem związany z ROSĄ kontraktem i na tę chwilę nigdzie się nie wybieram. Życie to nie jest jednak constans, niesie za sobą wiele niespodzianek…

Poruszę jeszcze jeden temat. Jesteś znany z tego, że chętnie pomagasz innym, szczególnie zaangażowałeś w akcje na rzecz pomocy trenerowi Karolowi Gutkowskiemu. No i jak to mówią ludzie, którzy Cię znają – ja również podpisuję się pod tym – pozostałeś „normalny”.
– Jeśli mogę komuś pomóc, to pomagam, to jest rzecz naturalna. Nie tylko dlatego, że wierzę, iż dobro wraca. Dodatkowo trener Karol Gutkowski jest człowiekiem, któremu bardzo wiele zawdzięczam, który sprawił, że jestem tu gdzie jestem, nie tylko pod względem sportowym. A normalność? Myślę, że wszyscy jesteśmy normalni, tylko mamy różne charaktery.

Rozmawiał GRZEGORZ STĘPIEŃ