Dopiero po dogrywce, ale jednak porażki doznała ROSA Radom w wyjazdowym meczu Polskiej Ligi Koszykówki ze Startem Lublin. Pojedynek był prawdziwą walką charakterów i wymianą ciosów. Lepsi okazali się gospodarze, którzy skuteczniej utrzymali nerwy na wodzy w końcówce tej niezwykle emocjonującej konfrontacji.

Spotkanie, a szczególnie jego końcówka, było prawdziwą sinusoidą radości i smutku, powrotów do meczu i oddawania prowadzenia, niespodziewanych rozstrzygnięć i zaskakujących zwrotów sytuacji. Był także świetną promocją basketu w Polsce, bo mimo sporej liczby strat – zwłaszcza po radomskiej stronie – okazał się horrorem, który tylko dla jednej ze stron mógł zakończyć się happy endem. Tym razem ręce w geście triumfu mogli, po ostatniej syrenie, wznieść gospodarze.

Już ostatnie sekundy regulaminowego czasu gry wyniosły poziom emocji niemal na orbitę. Kilka minut przed końcem ROSA prowadziła różnica sześciu punktów, wydawało się, że kontroluje pojedynek, ale dwa razy z dystansu wystrzelił Marcin Dutkiewicz, trafiając za drugim razem z faulem, pod koszem swoje przewagi wykorzystywał Darryl Reynolds i to radomianie musieli gonić wynik. Sytuacja wydawał się niemal beznadziejna, a jednak faule przyjezdnych przyniosły pożądany skutek. Miejscowi nie trafiali wszystkich rzutów wolnych, za to w ostatniej akcji czwartej kwarty, zza łuku przycelował Kevin Punter, doprowadzając do dogrywki.

I znów ROSA uzyskała przewagę, i znów gracze Startu wykazali się większą odpornością psychiczną. Szczególnie James Washington, który był mózgiem całej, lubelskiej operacji i poprowadził Start do zwycięstwa. Radomianie nadal walczyli, szarpali, ale podobnie jak w regulaminowym czasie gry, popełniali zbyt wiele łatwych strat, które skutecznie wybijały ich z rytmu.

A mecz lepiej zaczęła ROSA. Zwłaszcza w ataku, gdzie Patrik Auda i Igor Zaytsev, a potem Daniel Szymkiewicz i Michał Sokołowski siali spustoszenie w szeregach rywali. Tyle, że w Starcie jest Chavaughn Lewis, który niemal w pojedynkę trzymał wynik, a gdy w sukurs przyszli mu koledzy, lublinianie schodzili na przerwę z prowadzeniem.

W drugiej połowie, prawdziwy charakter wojownika pokazał natomiast Michał Sokołowski. Niemiłosiernie poniewierany, nie tylko nie pękł, ale z zimną krwią wykorzystywał przysługujące mu rzuty wolne.
ROSIE zabrało tym razem wsparcia z ławki. Ryan Harrow popełniał „głupie” faule, aż wreszcie musiał opuścić boisko, a dorobek pozostałych to dwie „trójki” – po jednej Filipa Zegzuły i Marcina Piechowicza. Za mało na ofensywnie usposobiony zespół z Lublina.

TBV START LUBLIN – ROSA RADOM 97:101 (18:26, 26:16, 21:23, 20:20, dogr. 16:12)
Start:
Lewis 25 (3), Washington 21 (3), Dutkiewicz 18 (5), Mirković 8 (1), Szymański 0 oraz Reynolds 17, Gospodarek 8 (1), Ciechociński 4, Zalewski 0, Czerlonko 0.
ROSA:
Sokołowski 22 (1), Punter 18 (3), Auda 17 (2), Zaytsev 13 (2), Szymkiewicz 12 (2) oraz Harrow 9 (1), Piechowicz 3 (1), Zegzuła 3 (1), Bojanowski 0, Szymański 0.

GAS

 

Galeria zdjęć TUTAJ