Nie tak wyobrażaliśmy sobie przebieg meczu ze Startem Lublin, który zaskoczył nas agresywnością, ale i skutecznością. W naszej drużynie zabrakło jednego i drugiego stąd porażka. Do pierwszego zwycięstwa przyjdzie nam poczekać przynajmniej tydzień, kiedy to znów u siebie zagramy z BM Arged Slam Stalą Ostrów Wielkopolski.

Oprócz wspomnianych cech wolicjonalnych w HydroTrucku Radom zabrakło też Artura Mielczarka. Jego wojowniczy charakter bardzo przydałby się na boisku, bo sportowo na pewno nie odstawaliśmy od Startu.

W każdym razie mecz nie zaczął się po naszej myśli. Lublinianie korzystali ze swojej przewagi pod koszem, a kiedy jej nie mieli, byli skuteczni z obwodu. Radomianie rozkręcali się dość długo, ale dobre zmiany Adriana BoguckiegoFilipa Zegzuły przywróciły nadzieje. Regularnie zaczął punktować też Rod Camphor, podłączył się Obie Trotter, a „trójkę” równo z syreną na przerwę trafił Carl Lindbom.

Drugą połowę też zaczęliśmy od przewag, objęliśmy prowadzenie i… coś się zacięło. Mieliśmy wiele kontr, które zamiast kończyć się punktami, mnożyły kolejne straty. Brakowało dokładności i zespołowości. Na nic zdawały się zmiany, obraz gry był bowiem taki sam.

Dłuższy czas Start nie pozostawał lepszy, ale przełamał się w ostatniej kwarcie. Lublinianie nie punktowali seriami, ale robili to bardzo konsekwentnie. Tak samo jak konsekwentni i twardzi pozostawali w obronie, na co HydroTruck nie znalazł już recepty.

HYDROTRUCK RADOM – START LUBLIN 66:77 (21:25, 21:19, 13:13, 11:20)
HydroTruck:
Camphor 18 (4), Trotter 16 (2), Lindbom 10 (2), Uwadiae-Odigie 6, Piechowicz 5 oraz Bogucki 9, Wall 2, Zegzuła 0.
Start: Lemar 23 (2), Laksa 16 (2), Borowski 14 (1), Taylor 12, Carter 8 (2) oraz Dziemba 4, Jeszke 0, Jarecki 0, Pelczar 0, Szymański 0.